kreciciel
kreciciel.blog.interia.pl
Notki
2007-05-18 Pułapki nieuczciwej dyskusji.

Dyskusja, to jeden ze sposobów wymiany poglądów, pomiędzy dwoma lub więcej osobami. Przeprowadzana jest zwykle w formie ustnej, chociaż może mieć tez charakter pisemny. Podczas dyskusji dochodzi zwykle do ścierania się różnych poglądów i opinii, czasami wypracowywania kompromisów i określania wspólnych stanowisk. Dzięki dyskusji można zapobiec konfliktom i nieporozumieniom między ludźmi. Nawet, gdy nie dojdzie do wypracowania wspólnego stanowiska, można określić tzw. "protokołu rozbieżności", który zawiera spis punktów różniących strony. Daje on podstawę do dalszych prac umożliwiających pogodzenie sprzecznych interesów lub kompromisu.
A jednak…. Mimo szczytnych założeń, często zdarza się, że dyskusja jest jedynie narzędziem w rękach nieuczciwego oponenta, którego zamiarem jest zdyskredytowanie a nawet ośmieszenie przeciwnika. W takich sytuacjach, nieuczciwi dyskutanci posługują się podstępnymi chwytami lub sofizmatami. Sofizmat, to wypowiedź lub sformułowanie, w którym świadomie został ukryty błąd rozumowania nadający pozory prawdy fałszywym twierdzeniom. Jest to wszelka próba dowiedzenia swoich racji, bez względu logikę przedstawionej argumentacji. Walka z nimi, jest trudna, ale nie niemożliwa. Najskuteczniejszym orężem w walce z nimi, jest tu unikanie niedomówień i wieloznaczności oraz stosowanie definicji - dzięki którym ustalimy znaczenia spornych, występujących w dyskusji, terminów. Należy tez stosować wszelkie narzędzia, jakie proponuje logika, by uczynić wypowiedź jasną. Z drugiej strony stosowanie sofizmatów świadczy raczej o słabości dyskutanta i braku racjonalnych kontrargumentów. Warto jednakże wiedzieć, „co w trawie piszczy”.
Najbardziej znane i stosowane sofizmaty to:
Argumentum ad auditorem
Argument odwołujący się do słuchacza - sposób argumentowania polegający na tym, że mówca zwraca się nie do swojego przeciwnika w dyskusji, lecz do współuczestników dyskusji lub biernych słuchaczy, celem pozyskania ich sobie, lecz nie poprzez podanie logicznych racji na rzecz swojej tezy, lecz najczęściej odwołując się do ich emocji.
Przykład:
Chcąc zakwestionować zasadność teorii Darwina, dyskutant zwraca się do słuchaczy z zapytaniem: A kto z Państwa pochodzi od małpy?.
Sofizmat ten polega też na budowaniu argumentu w oparciu o niewiedzę słuchaczy, głównie przez używanie specjalistycznych terminów – zwykle jednak cała wypowiedź jest pozbawiona sensu – tworzy swoisty „bełkot” np.: Dyfrakcja funkcji sinusoidalnie zmiennej w istotny sposób przyspiesza zjawiska osmotyczne. Ten typ ‘argumentowania” jest charakterystyczny dla przedstawicieli pseudonauk.
Argumentum ad auctoritate
Argument odwołujący się do autorytetu - sposób argumentowania polegający na tym, że orator, chcąc uśpić czujność swojego przeciwnika, powołuje się na jego autorytet i zasługi. Tego typu pochlebstwo, pozwala przeciągnąć oponenta na swoja stronę.

Argumentum ad baculinum
Argument odwołujący się do kija - sposób argumentowania polegający na tym, że grozi się przykrymi konsekwencjami, włącznie z użyciem siły, w przypadku braku zgody na przedstawioną propozycję. Ma on charakter ultimatum.

Argumentum ad hominem
Argument odwołujący się do człowieka - sposób argumentowania polegający na tym, że odwołujemy się do, dobrze nam znanych, przekonań (uprzedzeń pozytywnych) osoby, którą do czegoś chcemy przekonać.
Przykład:
Chcąc uniknąć sprawdzianu, uczniowie przekonują nauczyciela biologii do wycieczki do lasu, powołując się na głoszone przez niego poglądy o konieczności fizycznego kontaktu z naturą celem jej lepszego poznania.
Argument ten jest lojalnym chwytem erystycznym wtedy, gdy posługujący się nim jest przekonany o prawdziwości tych racji, na które się powołuje.
Staje się chwytem nielojalnym wtedy, gdy sprawy mają się odwrotnie, lub wtedy, gdy chce się osiągnąć zamierzony cel, bez względu na prawdziwość racji i wtedy utożsamiony może być z argumentum ad personam.
Argumentum ad ignorantiam i onus probandi
Argument odwołujący się do niewiedzy - sposób argumentowania polegający na tym, że przeciwnik w dyskusji nie potrafi podać kontrtezy dla tezy, którą chce mu się narzucić. Fakt, że przeciwnik nie potrafi tego dokonać, traktuje się jako argument na rzecz tezy dowodzonej.
Przykład:
- Czy potrafisz udowodnić, że krasnoludki nie istnieją? - Nie, nie potrafię. - Wobec tego powinieneś uznać ich istnienie.
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że wolno nam oczywiście odwoływać się do twierdzeń czy faktów, których nasz przeciwnik nie zna, o ile są to autentyczne twierdzenia czy fakty, które rzeczywiście miały miejsce. W takim przypadku są to lojalne chwyty erystyczne, gdy zaś odwołujemy się do wyimaginowanych faktów czy twierdzeń, chwyt jest nielojalny.
Z argumentum ad ignoratiam wiąże się bardzo często pytanie-, Na którym z dyskutujących w poszczególnych fazach dyskusji, spoczywać powinien ciężar dowodu? (onus probandi).
Należy zwracać na to szczególną uwagę wtedy, gdy przeciwnik w dyskusji wygłasza jakieś paradoksalne twierdzenie, a nam każe uzasadniać, że nie jest tak jak on mówi. Pozostawia nam wtedy jedynie prawo do wysuwania kontrargumentów, bez konieczności dowodzenia prawdziwości własnej tezy.
Przykład:
Jeden z dyskutujących utrzymuje, że od całkowitego upadku naszą cywilizacje powstrzymuje dyskretna pomoc kosmitów. Wobec sprzeciwu wygłasza następujące żądanie: Dowiedź, że tak nie jest.
To on jednak, ma obowiązek uzasadnić swoje stanowisko, bowiem jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Obrońcy poglądu zdroworozsądkowego wolno zbijać argumenty przeciwnika nie przytaczając dowodów na rzecz własnej tezy, choć przytoczenie takich argumentów znacznie wzmocni jego pozycję. Dobrze jest tez wykazać, że twierdzenia niemożliwe do udowodnienia są niewiele warte.
Argumentum ad misericordiam
Argument odwołujący się do litości - sposób argumentowania polegający na wzbudzaniu w drugiej osobie uczuć litości i współczucia, celem zjednania sobie tej osoby.
Przykład:
Student, który nie zdał egzaminu prosi wykładowcę, by nie stawiał mu oceny niedostatecznej, bo straci stypendium za wyniki w nauce.
Argumentum ad personam
Argument skierowany do osoby - sposób argumentowania polegający na przypisywaniu przeciwnikowi szeregu wad, lub nawet obrażaniu go celem wmówienia słuchaczom a nawet samemu przeciwnikowi, że jego poglądy są fałszywe. Ten sposób argumentowania utożsamiany jest niekiedy argumentum ad hominem.
Przykład:
Nie mogąc sobie poradzić z argumentami przeciwnika, orator w pewnym momencie stwierdza:
- Doprawdy, nie mogę pojąć, jak Państwo możecie wierzyć temu idiocie!
Argumentum ad populum
Argument odwołujący się do upodobań ludu (tzw. demagogia) - sposób argumentowania polegający na rozbudzaniu emocji słuchaczy przez odwoływanie się do ich dumy, egoizmu narodowego czy rasowego, instynktów lub przesądów, celem pozyskania słuchaczy dla swoich potrzeb.
Przykład:
Kandydat na posła zwraca się do wyborców: Jeżeli mnie wybierzecie, to każdy prawdziwy Polak będzie panem we własnym kraju. Nie pozwolę, by ktoś obcy NAMI rządził!
Argumentum ad vanitatem
Argument odwołujący się do próżności - sposób argumentowania polegający na wykorzystaniu próżności drugiej strony w dyskusji, drogą umiejętnie dawkowanych, mniej lub bardziej zasadnych, pochlebstw, celem uzyskania akceptacji na wygłaszany pogląd.
Przykład: W dyskusji padają zwroty typu: „nie ulega wątpliwości pańska głęboka i wszechstronna znajomość problemu…”, „pan jako ekspert w tej dziedzinie, doskonale wie, że…”, „jako człowiek inteligentny na pewno pan rozumie, że…”, po których następuje podanie własnego poglądu i oczekiwanie, że zjednany komplementami dyskutant bez zastrzeżeń zaakceptuje nasze stanowisko. Argumentum ad vanitatem przypomina argumentum ad auctoritate. W przypadku, gdy odwołujemy się do faktycznego autorytetu danej osoby, obydwa argumentu można ze sobą utożsamić.
Argumentum ad verecundiam
Argument odwołujący się do nieśmiałości - sposób argumentacji polegający na powoływaniu się na jakiś autorytet, którego wprawdzie druga strona nie uznaje, ale też nie może go zakwestionować, będąc skrępowana uczuciami szacunku lub nieśmiałością, czy też obawą narażenia się na zarzut zarozumiałości.
Przykład:
Jeden z dyskutantów powołuje się na powszechnie uznawaną i szanowaną osobę, wówczas strona przeciwna czuje się skrępowana obawami, że zakwestionuje powszechnie zaakceptowane autorytet..
Argumentum ad crumenam
Argument odwołujący się do interesów materialnych drugiej strony lub słuchaczy. Przykład: Jeżeli Prezesem naszej spółki zostanie pan X, to musicie pogodzić się z podwyżką jego pensji, a pokryjecie ją z własnej kieszeni. Jeżeli prezesem zostanę ja, to z niej zrezygnuję.
Post hoc, ergo propter hoc
„To się zdarzyło po tym, więc było tym spowodowane” Rozmówca argumentuje, że emancypacja była przyczyną wynalezienia bomby atomowej mówiąc: Zanim przyznano kobietom prawa wyborcze, nie było broni nuklearnej.
Znajomość podstawowych sofizmatów pozwala na wybrnięcie z zastawionej pułapki, a nawet na spożytkowanie użytej „broni” przeciw oponentowi. Ważnym czynnikiem jest też to, by nie dać mu się zakrzyczeć.
Inne metody, którymi dyskutanci próbują „zażyć z mańki” przeciwnika sprowadzają się do tego by:
1. Rozszerzyć wypowiedź przeciwnika na wszystko, co tylko się da, a sens swojej wypowiedzi zawęzić. Im bardziej ogólnikowe twierdzenie, tym bardziej narażone jest na ataki.
2. Stosować dwuznaczności - to samo słowo może opisywać różne rzeczy.
3. Doprowadzić przeciwnika do złości - wówczas nie jest w stanie prawidłowo rozumować i bronić swych racji.
4. Jeśli przeciwnik zgadza się z ich rozumowaniem, to nie pytają go, czy zgadza się z wynikającymi stąd wnioskami, ale przyjmują to za pewnik.
5. Teza i antyteza – daje się przeciwnikowi wybór np. "Czy należy rodzicom być we wszystkim posłusznym, czy nieposłusznym?"
6. Nawet, jeśli rozmówca nie zgadzał się z nimi cały czas, bezczelnie ogłaszają wspólny, zgodny wniosek. Jeśli zrobią to głośno, a przeciwnik jest skromny, osiągają sukces.
7. Akcentować ten argument, przy którym przeciwnik szczególnie się złości.
8. Wykorzystanie argumentu naukowego, którego przeciwnik nie może sprawdzić, bo nie ma dość wiedzy.
9. Dywersja - gdy przegrywa, zaczyna mówić o czymś innym.
10. Z subtelną ironią można zgłosić swoją niekompetencję - ale tylko wówczas, kiedy nikt w to nie uwierzy. Można np. powiedzieć: Jestem za głupi, by to pojąć.
11. Atakować słaby punkt argumentacji przeciwnika.
12. Zadziwić i oszołomić przeciwnika potokiem często nic nieznaczących słów.
13. Odpierając jeden z argumentów upierają się, że obalili tym samym całą tezę.
14. Atak personalny - odejść od przedmiotu sporu koncentrując się na adwersarzu.
Jak się więc bronić? Można na wiele sposobów, np. poprzez:

o Zyskiwanie przychylności słuchaczy.
o Powodowanie większej akceptacji naszych propozycji wśród audytorium.
o Budowanie własnego autorytetu.
o Umiejętność wygłaszania improwizowanych przemówień.
o Logiczne i zrozumiałe zbijanie argumentów przeciwnika.
o Kontrolowanie dyskusji.
o Stosowanie „brzytwy Ockhama” – zmuszenie przeciwnika, by z wielu hipotez wybrał taką, która w najprostszy sposób tłumaczy dane zagadnienie
Nie zostały tu oczywiście, omówione wszystkie możliwe pułapki. Dość częstym „argumentem” są jeszcze błędy językowe, znaczeniowe i polegające na pogwałceniu reguły ekonomii wypowiadania się (przejawiające się pod postaciami werbalizmu, dydaktyzmu i pleonazmu). Istotnym wydaje się także zjawisko tzw. trollingu, które pojawia się głównie na forach internetowych, a w bezpośredniej rozmowie taki rozmówca sprawia wrażenie „toksycznego” (delikatnie rzecz ujmując). Czy istnieje złoty środek na nieuczciwych rozmówców? Otóż Cyceron mawiał: „ Cum tacent, clamant”.


2006-08-28 Spacerek po ogniu ? ZAPRASZAM !


- wejdź w bycie pełnym wewnętrznej i kochającej mocy poprzez niezapomniane doświadczenie, wykraczające poza fizyczną rzeczywistość i logiczne wytłumaczenia!
- rozwijająca się od 30 lat w różnych uniwersyteckich ośrodkach badawczych na świecie bioelektronika, próbuje wyjaśnić to zjawisko. Według niej na stopie ma tworzyć się warstewka, która z punktu widzenia bioelektroniki, to fizyczna plazma biologiczna, tzw. bioplazma.
- do dziś nie wiadomo, dlaczego przejście po rozżarzonych węglach nie pozostawia na stopach oparzeń. Od 1890 roku, kiedy to pułkownik Gudgeon z Nowej Zelandii rozpoczął pierwsze poważne badania tego fenomenu, nikomu jak dotąd nie udało się dociec istoty tego zjawiska. I pewnie się nie uda, dopóki nie poznamy wszystkich praw rządzących naszą podświadomością, gdzie leży klucz do wszystkich ludzkich możliwości.
To niektóre tylko rewelacje usiłujące wyjaśnić ten „fenomen”. Można się z nimi zetknąć w Internecie lub pseudonaukowych publikacjach. Ich autorzy nawet nie wysilają się, aby to zjawisko wytłumaczyć w oparciu o poznane prawa przyrody – wolą nadać mu wymiar nadprzyrodzony, łatwiej jest wówczas znaleźć chętnych na przeżycie „cudu”. Być też może, że ich wiedza jest zbyt uboga, a ucieczka w niewytłumaczalne zjawiska zwalnia ich od podstawowej wiedzy przyrodniczej.
Przejście przez ogień, jest właściwie chodzeniem po żarzących się węglach drzewnych z ogniska, gdzie temperatura czerwonego żaru wynosi ok. 500-700 ˚C. Jest to forma zabawy, która przynosi pożytek zarówno fizjologiczny jak i psychologiczny. Z punktu widzenia psychologicznego, jest to doskonały trening motywacyjny. Człowiek, który przeszedł przez to doświadczenie po raz pierwszy, drugi i piąty przekonuje sam siebie, że jest zdolny do czegoś, co dotychczas uważał za niewykonalne. Zaczyna wierzyć, że jest zdolny do pokonywania innych trudności, do pobijania innych rekordów.

Rytuał chodzenia "w ogniu" znany jest od tysięcy lat. Pierwsze ślady takich wyczynów datowane są na rok 1200 przed Chrystusem. Na całym świecie, począwszy od Grecji na Chinach kończąc, różne kultury kultywowały ten zwyczaj na swój, właściwy dla danego regionu i religii sposób
Naukowcy od początku lat 30-tych ubiegłego stulecia próbowali poznać tajemnicę niebezpiecznego z pozoru rytuału, z którego człowiek wychodzi cało. Wydział Fizyki Uniwersytetu Londyńskiego dowiódł, że tajemnica rytuału zawarta jest w drewnie, nie zaś religijnych obrzędach i nadzwyczajnych mocach. Tradycyjne ścieżki ognia stworzone są z palącego się drewna. Węgiel drzewny osiąga wysokie temperatury. Większość chodzących po rozżarzonych węglach ma kontakt z temperaturą powyżej 540˚C. Specjaliści w tej dziedzinie spacerują podobno po węglach rozgrzanych do temperatury blisko 1000 ˚C. Dlaczego więc, spacerujący po ogniu, nie odnoszą dotkliwych poparzeń ? Odpowiedź jest dość prosta, wymaga jedynie znajomości zasad termodynamiki na poziomie gimnazjum. Otóż, jedynie znikoma część ciepła dociera do ciała spacerujących. A wszystko za sprawą właściwości izolacyjnych drewna. Mimo, że jest to ogień, drewno jest słabym przewodnikiem. Przewodzenie ciepła polega na przekazywaniu go do kolejnego materiału. Wibrujące cząsteczki kolidują z coraz większą ilością spokojnych cząsteczek zimniejszego obiektu i przekazują energię. Niska przewodność termiczna drewna oznacza, że ciepło zostaje uwięzione w drewnie, przenosząc zmniejszoną ilość energii do naszych stóp.
Warstwa popiołu na górze płonącej ścieżki pomaga izolować je od niebezpiecznego działania rozżarzonego drewna. Ludzie chodzący po rozżarzonych węglach wybierają trasę unikając zadeptywania rozgrzanych do czerwoności, niczym nie przykrytych kawałków drewna.
Szybkość przechodzenia przez rozżarzone węgle nie może być zbyt duża, gdyż można zafundować sobie piękne bąble od oparzenia. Dlaczego? Kiedy jedna stopa dotyka gorących węgli, druga znajduje się w powietrzu wytracając zgromadzone pod nią ciepło. Przebieganie po rozżarzonych węglach może więc skończyć się niebezpieczeństwem poważnego oparzenia (ciepło zgromadzone pod stopami nie ma czasu na "ucieczkę"). Ochronna warstwa martwej skóry na stopie każdego człowieka jest natomiast kolejną izolacją.
Nikt, oczywiście nie powinien próbować takich eksperymentów na własną rękę, nie wspominając już o tym, żeby nie robić tego... w domu. Odpowiednia prędkość przechodzenia, odpowiednie podnoszenie nóg wbrew zakorzenionym w mózgom reakcjom obronnym (biegnij !) musi być wynikiem dobrego treningu pod okiem instruktora. Każdy więc może tak sobie pospacerować, kiedy tylko chce. Jedyna kwestia to ta, ile drewna trzeba naciąć. 
2006-07-27
NEMEZIS – zła siostra Słońca?

Brak małżowin usznych, trójpalczastość dłoni i stopy z czterema palcami, brak sutek, zębów i zewnętrznych organów płciowych, duże „kocie” oczy, nos i usta połączone razem w coś, co przypomina dziób – to dinozauroid, hipotetyczny, inteligentny potomek dinozaurów. Brakuje mu tylko ogona, który utracił w związku z przyjęciem wyprostowanej postawy a pępek na brzuchu wskazuje na żyworodność. Ten oto osobnik byłby dziś władcą Ziemi, gdyby……... 
Dinozaury wydawały się grupą niezagrożoną w swej dominacji, grupą o stabilnych i pewnych perspektywach. Tylko całkowite ich unicestwienie, przy jednoczesnym przeżyciu przynajmniej części ssaków, mogło odwrócić rolę w ekologicznej strukturze przyszłych mieszkańców Ziemi. To jednak wymagało zjawiska, które nie miało odpowiednika w jej dotychczasowych dziejach. Wszystkie te wymagania spełnił asteroid, gigantyczny głaz, który niespodziewanie nadleciał z głębin kosmosu i uderzył 65 mln lat temu w naszą planetę. Musimy sobie zdawać jednak sprawę z całej wyjątkowości i niepowtarzalności tego wydarzenia, które wywołało wystarczająco potężne zakłócenia, aby spowodować śmierć dinozaurów, i dość słabe, by nie zagrozić w podobny sposób wszystkim ssakom. Współczesny świat, jest wynikiem niesłychanie rzadkiego zjawiska, które nastąpiło we „właściwym” czasie i we „właściwym” natężeniu. Śmiało można więc powiedzieć, że na kosmicznej loterii ssaki wygrały wielki los, i potrafiły go wykorzystać.
Tylko skąd ten fantastyczny niemal zbieg okoliczności, czy istnieje przyczyna, która skierowała tą „kosmiczną bombę” wprost na Ziemię?
Gdyby zmniejszyć Słońce do rozmiarów wiśni i umieścić ją w Warszawie, to najbliższa gwiazda znalazłaby się w Berlinie. Samotne jest nasze Słoneczko w porównaniu z innymi gwiazdami. Tam w Kosmosie, niemal każda gwiazda ma swojego, (co najmniej jednego) towarzysza. A ono same. Postanowiono wiec sprawdzić, czy tak jest w istocie. Gdy amerykański planetolog J. Sepkowski zebrał i zestawił dane dotyczące wymierań, zauważył, że w ostatnich 250 mln lat osiągnęły one duża regularność. Największa intensywność wymierań następowała co 26 mln lat. Astrofizyk R. Muller wysunął hipotezę, iż nasze Słońce ma towarzysza, który krąży po bardzo wydłużonej orbicie i co 26 mln lat zbliża się do Układu Słonecznego zaburzając orbity komet w Obłoku Oorta i Pasie Kuipera. Nadano jej imię Nemezis, mitologicznej bogini utożsamianej z gniewem bogów i nieuchronną karą spadającą na nieposłusznych ludzi ( tym razem oberwało się dinozaurom). Jej grawitacyjne oddziaływanie powodowałoby swoisty „deszcz komet” podążających w stronę Słońca. Ślady ich uderzeń istnieją do dzisiaj.
Krater Popigai na Syberii o 100 km średnicy, powstał ok. 34 mln lat temu , wymarło wtedy ok. 25% gatunków.
Krater Monicouagan w prowincji Quebek w Kanadzie powstał ok. 212 mln lat temu a katastrofa zabiła ok. 60% gatunków.
Natomiast za pozostałość, po zagładzie dinozaurów uważa się krater Chicxulub leżący pod 2 km warstwą osadów u północnych wybrzeży Półwyspu Jukatan. Jego średnica jest równa 180 km i jest śladem największego uderzenia w ciągu ostatnich 570 mln lat. Średnicę bolidu szacuje się na 10 km, a wystarczy wspomnieć, że do wywołania globalnej katastrofy wystarczy uderzenie meteorytu o średnicy 1,7 km. Jeżeli Nemezis istnieje, to obecnie znajduje się w najdalszej od nas odległości – 13 mln lat drogi od Słońca. Podejrzewa się, że jest ona „umierającą gwiazdą”, tzw. czerwonym karłem, i stąd trudności z jej znalezieniem. Co prawda przeszukano już i wyeliminowano wszystkie kandydatki z północnej półkuli nieba, ale pozostała jeszcze półkula południowa.
Czyżbyśmy więc mieli święty spokój przez 13 mln lat? Absolutnie. Już teraz wiadomo, że w ciągu 1,4 mln lat czerwony karzeł „Gliese 710” zderzy się z Obłokiem Oorta, powodując kolejną lawinę komet. Nie będę wspominał już o asteroidach krążących pomiędzy Marsem a Jowiszem, a których orbity przecinają się z orbitą Ziemi.
Czy Nemezis zasługuje na miano „złej siostry”? Wyrządziła, co prawda, wiele złego, lecz właśnie dzięki niej istniejemy. Jako ssaki oczywiście. Czy to dobrze czy źle?
Podobnie bywa z nami. Mamy swoich ludzkich towarzyszy, raz są bliżej, raz dalej. Doświadczmy od nich oprócz dobra także zło – niczym mikrokataklizm w naszym prywatnym mikrokosmosie. Czy ślady po nich są jedynie złym wspomnieniem, czy może też są znakiem narodzin czegoś nowego? Czegoś, co nie wydarzyłoby się, gdyby nie on. Na miejscu pogorzeliska wyrasta nowy las, rany się zabliźniają, czas płynie……… Szkoda go na patrzenie wstecz..

2006-07-22
O Tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem.



Umrzemy, i to czyni z nas szczęściarzy. Są ludzie, którzy nigdy nie umrą, gdyż nigdy się nie narodzili. Ilość osób, która potencjalnie mogłaby być na Twoim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdzie na świat jest z pewnością większa, niż liczba ziarenek piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych są niewątpliwie genialni uczeni, artyści, ale też i wszelkiego kalibru zbrodniarze. Wiemy to, gdyż liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Może powiesz, że jest to niesprawiedliwe, lecz cóż, to właśnie my na nim jesteśmy, Ty i ja, i to całkiem zwyczajnie.
Zaistnieliśmy w momencie poczęcia. Jest to chwila, w której nasza obecność stała się miliard miliardów razy większa, niż ułamek sekundy wcześniej. Tak czy owak, chwila ta była momentem fantastycznego wręcz wyróżnienia.
Ale loteria zaczęła się wcześniej. Nasi rodzice muszą się spotkać, a przyjście na świat każdego nich było równie wyjątkowe. I tak dalej, przez babcie i dziadków, prababcie i pradziadków … .
I tak oto jesteśmy w teraźniejszości, która zmierza od przeszłości ku przyszłości – jest niczym świetlna plamka, przemierzająca milimetr za milimetrem gigantyczną skalę czasu. Wszystko poza nią tonie w mroku w cieniu przeszłości i nieznanej przyszłości. Szansa na to, że akurat my znajdziemy się w niej są takie, jak prawdopodobieństwo spotkania uczciwego polityka (mam na myśli polskich). Mówiąc inaczej, prawdopodobieństwo naszego nieistnienia jest przytłaczające.
Tak oto, po „przespaniu” milionów lat otworzyliśmy oczy, ku uciesze ( w co nie wątpię) naszej rodziny. Za kilkadziesiąt lat przyjdzie nam znów na wieki te same oczy zamknąć. Czy praca nad zrozumieniem świata i tego w jaki sposób doszło w nim do naszego przebudzenia nie jest właściwym sposobem do spędzenia czasu jaki został nam dany?
Plamka światła mija nas, ale zanim zgaśnie, daje nam czas na zrozumienie czegoś z tego świata, w którym znaleźliśmy się na tak krótko. Jesteśmy jedynymi spośród istot, które potrafią przewidzieć swój koniec i jedynymi, które potrafią powiedzieć: Tak, właśnie dlatego warto było się narodzić.
I temu swój blog poświęcam.


<< Luty 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829
Księga gości
 
O mnie
kreciciel
Słówko o mnie
Nie wierz mi, bo spojrzę w głąb Twojej duszy.
Zobacz mój profil
Zobacz serwisy INTERIA.PL